Auu... - Kate jęknęła spadając na twardy grunt.
-A cóż to jest!? - W tym momencie przed oczami dziewczyny wyłonił się koń. Zdrowy, duży, w sam raz na polowanie, o lśniącej zadbanej sierści. A na koniu postać. - Stój!
- "Zaraz mnie stratuje! To koniec." - Po głowie Kate przebiegło tysiąc myśli. Zdążyła tylko zamknąć oczy i odchylić głowę w bok. Nie spostrzegła, że osoba na koniu tak nim szarpnęła, że zwierzę gwałtownie zmieniło kierunek biegu, a ona sama spadła i wylądowała po pas w błocie. Przerażona dziewczyna krzyknęła ile sił w płucach i zamarła. Nie śmiała się nawet poruszyć. Po długiej chwili jednak nieśmiało otworzyła oczy i z przerażeniem stwierdziła, że ktoś jej się przygląda. Był to chłopak i ewidentnie jego twarz znalazła się za blisko twarzy Kate.
-Co to ma znaczyć?! - warknął nieznajomy. - Chcesz zginąć?! Jak śmiesz stawać mi na drodze?! Co za bezczelność!!! - W jego głosie słychać było irytację i niesamowitą wściekłość.
-O czym ty gadasz? To ty na mnie wpadłeś. Z resztą jak mogłeś mnie nie zauważyć wcześniej? I kto w dzisiejszych czasach jeździ konno po lesie?- Kate zebrała się na odwagę i stanęła oko w oko ze wściekłym właścicielem konia. Przyjrzała mu się. Był wysoki, o przystojnej i dostojnej twarzy. Jego skóra była w nienagannym stanie, oczy miały w sobie głębię i pasję. Nos zgrabny i majestatyczny a usta dorodne. Jednak było w nim coś dziwnego, a mianowicie posługiwał się staro koreańskim dialektem i był ubrany w hanbok... Na głowie widniał charakterystyczny kapelusz. - No i powiedz mi, czemu jesteś tak dziwnie ubrany?
-Co też masz na myśli, głupia niewiasto? - Bohaterka aż otwarła oczy ze zdumienia na te słowa.
- Ok. Nie ważne. Nie chcę nic wiedzieć. Najlepiej jak zapomnimy o tym incydencie i już. A teraz do widzenia.
- A dokąd to? - Chłopak złapał ją za rękę, gdy chciała odejść. - Najpierw powiedz mi swoje imię.
-Nie rozmawiam z nieznajomymi. - Odparła wzruszając ramionami i uwalniając swoją dłoń z uścisku.
-Oho! Jak śmiesz mi się sprzeciwiać. Czyżbyś nie wiedziała z kim rozmawiasz?!
- Przecież widzę cię pierwszy raz, więc skąd mam wiedzieć kim jesteś? Nie jestem przecież wróżką.
-Toż to niesłychane. Jesteś nie tylko niewychowana, bezczelna ale i głupia. A do tego zachowujesz się dziwnie, mówisz niezrozumiale i założyłaś na siebie jakieś łachmany! To obraza majestatu! - Kate spojrzała na siebie. Adidasy? Są. Spodnie jeansy? Są. Niebieski T-shirt z nadrukiem zadowolonej buzi? Jest. Żółta bluza z kapturem? Jest. Plecak też jest. Wszystko na swoim miejscu. No, może ciuchy są poplamione błotem, ale z pewnością to nie łachmany.
-Nie rozumiem o co chodzi. Przyznaję, wpadłam na ciebie, ale to nie było celowe, wiec się nie wściekaj. Zachowujesz się jak jakiś rozkapryszony dzieciak. Tylko wrzeszczysz i wrzeszczysz. Rodzice nie nauczyli cię manier?
-Tego już za wiele! - Chłopak szarpnął Kate, że aż syknęła z bólu. Mimo oporu nie miała szans, aby się wyrwać. Naraz kopnęła swojego "napastnika" w krocze. Chłopak osunął się na ziemię i wił się na wszystkie strony. To była dobra okazja. W pośpiechu złapała swój plecak i pobiegła przed siebie najszybciej jak mogła. Słyszała za sobą gniewne wołanie tego dziwnego chłopaka, lecz po jakimś czasie ogarnęła ją cisza. Las był gęsty i dość mroczny. Dookoła nic, tylko drzewa i krzewy. Z minuty na minutę robiło się ciemniej. Dodatkowo wysokie korony drzew hamowały przepływ światła.
-Co tu się dzieje? Gdzie ja w ogóle jestem? Co to ma być?- Dziewczyna mówiła sama do siebie. Była zdziwiona i skołowana. Gdy po długim czasie stwierdziła, że na szczęście nie jest śledzona, przycupnęła obok wielkiego kamienia i zaczęła nasłuchiwać. Las wydawał złowieszcze odgłosy. Dodatkowo zaczynało się robić ciemno. Perspektywa spędzenia w takim miejscu nocy była absolutnie niedopuszczalna. I niebezpieczna. Nawet bardzo. Należało więc znaleźć ludzi. Miasto. Wioskę. Cokolwiek, byle nie być samą. Nie tracąc czasu zerwała się i ruszyła przed siebie. Tysiące myśli przewijało jej się przez głowę, lecz jedno było pewne. To nie był sen...
W tym samym czasie owy "napastnik" zdołał się otrząsnąć po niespodziewanym ataku Kate. Chłopak rozejrzał się pospiesznie dookoła. Na jego twarzy malowało się ogromne zaskoczenie.
-Jakim prawem ta istota, marna istota śmiała podnieść rękę na Koronowanego Księcia? Czyż nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji? Mógłbym wydać ją na śmierć. - Wymamrotał gniewnie Lee Hwon, następca tronu, przyszły król Joseon. - Czy ona na prawdę nie wiedziała kim jestem? Cóż, to prawda nie opuszczam pałacu, ale poddani muszą rozpoznać królewskie oblicze nawet patrząc na same szaty. Ot co! -Rozejrzał się jeszcze raz. Naraz dostrzegł w trawie błysk. Schylił się i jego oczom ukazał się naszyjnik Kate.
- Kim była ta dziewczyna? Dlaczego tak dziwnie wyglądała? - szepnął książę ściskając w dłoni naszyjnik i kierując się do pałacu.
Tymczasem panna Park dotarła do miasta. Miasto? Nie można było tego nazwać nowoczesnym miastem. Z rozpaczą stwierdziła, że nic nie było takie, jakie znała. Nie było centrów handlowych, taksówek, bibliotek, hoteli, restauracji...Zamiast tego wąskie uliczki na których kłębiły się stragany. Ludzie ubrani w tradycyjne lecz wiejskie stroje krążyli między kolorowymi witrynami. Mrok już prawie nastał, więc zaczęto zapalać pochodnie. Było gwarno i tłoczno. Gdzieniegdzie lektyki szybko mijały innych ludzi, gdzieś w ciemnym rogu ulicy ktoś wszczął bójkę, znowu w innym miejscu straż doprowadzała rozjuszony tłum do porządku. Wszystko było nie tak.
Kate była coraz bardziej zagubiona, zmęczona i głodna. Co prawda chciała kupić coś do jedzenia, ale gdy tylko stanęła w kolejce ludzie dziwnie się na nią patrzyli. W dodatku pieniądze, którymi chciała zapłacić, zostały wzięte za bezużyteczne.
-Aghassi, czy ty jesteś jakąś czarownicą, albo coś takiego?- zapytała pewna kobieta, która sprzedawała zupę na straganie. -Odejdź stąd, zanim zawoła straż.
-Aghassi, nie pochodzisz z tych stron, prawda? Mogę ci pomóc znaleźć jakieś miejsce. Co powiesz na Donghang, sławny dom Gisaeng?- pewien tłusty, niechlujny pijak położył rękę na ramieniu Kate. Dziewczyna szybko odskoczyła i uciekła. Z trudem powstrzymywała łzy. Stanęła w ciemnym rogu ulicy i oparła się o betonowy mur jednego z domostw. Zamknęła oczy. Stała nieruchomo, jakby świat pozostawiła za sobą. Łzy zaczęły jej płynąć z dużych czarnych oczu. Nie myślała o niczym. Czuła, że została sama, że nikt jej nie pomoże. Naraz poczuła szturchnięcie. Otworzyła oczy.
- Aghassi... Aghassi...W końcu cię znalazłem. Jednak to wszystko prawda. Teraz już wszystko będzie dobrze... - Przed obliczem panny Park pojawił się mężczyzna. Był on w średnim wieku. Jego włosy były przyprószone siwizną a na twarzy pojawiły się zmarszczki. Był ubrany tradycyjnie, jednak bardzo skromnie. Widać było, że to spotkanie sprawiło mu wielką ulgę.
- Ja... No... Przepraszam... Kim pan jest? Ahjussi, czego ode mnie chcesz?
- Och, nie mamy czasu. Porozmawiamy później, najpierw chodźmy do domu. Zaraz będzie tu bardzo niebezpiecznie. Chodź ze mną. - mężczyzna mówił stanowczym głosem. Widać było, że był osobą oczytaną, wykształconą, a nie zwykłym wieśniakiem. -Dlaczego nie idziesz? - Kate ani drgnęła.
- Ahjussi! Nie znam cię, więc jak mogę z tobą iść? I czy wreszcie ktoś mi wyjaśni, co tu się dzieje? Ahjussi, co to za miejsce?- dziewczyna prawie krzyczała. Była sfrustrowana.
- Yoon, chodźmy.- odparł na to mężczyzna, obok którego na raz stanął chłopak z mieczem. Ukłonił się grzecznie, podszedł do zdziwionej młodej lekarki i uderzył ją tak, że osunęła się tracąc przytomność. Obudziła się w pokoju, otulona poduszkami i atłasem. Gdy po chwili dotarło do niej co się stało, wybiegła pospiesznie. W pomieszczeniu, które przypominało jadalnię, siedzieli ci dwaj nieznajomi, spotkanych na ulicy.
- Dobrze się panienka czuje? Wyspałaś się, Aghassi?- - Starszy widząc zmieszanie na twarzy Kate szybko dodał- Usiądź proszę.
- Och Unnie! Jak bardzo chciałam cię poznać! Strasznie długo czekałam! - znienacka do Kate przytuliła się dziewczynka.
-Ocho! Jak śmiesz! Od teraz nazywaj ją Aghassi i masz jej służyć najlepiej jak umiesz. Zrozumiałaś, Hye Mi? - Starszy mężczyzna skarcił rozbrykaną dziewczynkę, która skuliła się i usiadła. Kate uczyniła to samo.
-Ahjussi- zaczęła- Ja nie wiem, o co tu chodzi...I co to za miejsce? Czego ode mnie chcesz?
-Ach to jest... Widzisz Aghassi...Przepowiednia...
- Co proszę?
- Posłuchaj Aghassi. To wszystko jest nieprawdopodobne. Jednak to nie sen. To rzeczywistość.
- Co to za miejsce?
- A jak myślisz, gdzie się znajdujesz? W jakim kraju? - w tym momencie do pokoju weszła kobieta. Miała na sobie fartuch, co znaczyło, że jest gospodynią domową. Nie była ani gruba, ani chuda, lecz w sam raz. Na jej twarzy widać było kurze łapki, odbijające się od blasku świec. Jej czarne, lecz lekko osiwiałe włosy związane były w tradycyjny kok, ozdobiony dużą szpilką do włosów. Postawiła ona imbryczek i czarki do herbaty. Spojrzała na Kate i odparła z lekką pretensją w głosie:
- Joseon. To Joseon. Jak istota z niebios może o tym nie wiedzieć?
- Co takiego?Jak to... Joseon? Poważnie? A który teraz jest rok?
- To już 25 rok panowania króla Lee Shina! - pisnęła szybko Hye Mi.
- Och, zaraz... czyli to jest... kiedy to było... Czyli to 1624 rok! -Kate klasnęła w dłonie.- Ale jak to? Jak ja się znalazłam w Joseon?
- Pozwól Aghassi, że opowiem ci wszystko po kolei - starszy rozpostarł ręce i zakasłał.- Nazywam się Hoo Min Gon i jestem szamanem - wróżbitą. Mieszkam tu razem z moją młodszą siostrą Hoo Kye Sun - skinął na postawną gospodynię - oraz z dwójką jej dzieci Hoo Min Yoonem i Hoo Hye Mi. Od wielu już lat zajmowałem się odczytywaniem znaków, jakie zsyłają nam niebiosa. Mniej więcej rok temu miałem wizję. Wizję wielkiej rebelii, cierpienia i chaosu w Joseon. Lecz pojawiła się osoba, która ocaliła nasz kraj. Tą osobą jesteś ty, Aghassi. I moim obowiązkiem jest cię chronić, do czasu, aż wypełni się twoje przeznaczenie. Niebiosa cie tu przysłały i teraz musisz wypełnić, to co szykuje ci los.
- Zaraz, zaraz. Ahjussi Min Gon...- zdziwienie malowało się na twarzy dziewczyny. - Ja wcale nie pochodzę z nieba... Jestem Katherine Park i jestem lekarzem. Nie jestem nawet rodowitą Koreanką...I ja żyję przecież w 2015 roku...
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Aghassi?
- Sądząc po tym co powiedziałeś, wydaje mi się, że... przybyłam tu z przyszłości.- Wszyscy aż westchnęli. - To by tłumaczyło te wszystkie hanboki, kapelusze, stragany uliczne, dialekt staro koreański, powszechne stosowanie pisma chińskiego...
- Na prawdę? Cóż... to dobrze.
- Wcale nie tak dobrze, Ahjussi. Nie wiem jak się tu dostałam. Mówiłeś coś o przepowiedni...- Kate przypomniała sobie pacjenta, którego uratowała. - No jasne! Już wiem. Ahjussi... Ja, dziś będąc w szpitalu uratowałam jednego takiego staruszka, który też wspomniał o jakiejś przepowiedni, przeznaczeniu...
- Szpital... Czyli...
- Jestem lekarzem... znaczy się, ratuję ludzi. A przynajmniej próbuję. I on dał mi naszyjnik w kształcie smoka. I gdy go założyłam byłam w swoim pokoju, a potem naraz zjawiłam się tu.
- Tak, to możliwe. Przepowiednia mówiła coś o kluczu do bram niebios.
- Czyli niebiosa to przyszłość a klucz to naszyjnik! - Panna Park była coraz bardziej podekscytowana.
- Tak- odparł Hoo Min Gon- To by się zgadzało. - Kate chciała pokazać naszyjnik, lecz nie był on zawieszony na jej szyi.
- Obawiam się, że go zgubiłam. - wyszeptała cicho- Gdy się tu pojawiłam byłam w lesie i tam natknęłam się na jakiegoś chłopaka. Pokłóciliśmy się i doszło do szarpaniny. I co teraz? Bez niego nie wrócę do domu.
- To musi być znak. Jesteś nam potrzebna, więc nie możesz wrócić do domu...
- Jak to, nie mogę? To co mam zrobić? - dziewczyna załamała ręce.
- Tego przepowiednia nie podała. Ale jedno jest pewne. W Joseon panuje chaos. Może być nawet knuty spisek przeciwko rodzinie królewskiej. Na razie musisz unikać kontaktu z innymi. Im mniej osób wie o tobie i przepowiedni tym lepiej.
- A co z naszyjnikiem?
- Postaramy się go znaleźć. - Po długiej rozmowie Kate przystała na pomysł Hoo Min Gona. Po kolacji Hye Mi zaprowadziła ją do małego, ale przytulnego pokoiku, gdzie, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki od razu usnęła.
"Posłanka niebios" to powieść o studentce medycyny, która ze współczesności przenosi się do Ery Joseon. Musi tam nie tylko spróbować odnaleźć się w nowej rzeczywistości, lecz również rozwiązać mroczną tajemnicę związaną z Dworem Królewskim. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Co się jednak stanie, gdy niespodziewanie do drzwi jej serca zapuka miłość? Czy uda jej się wypełnić misję i wrócić do domu?
Translate-przetłumacz
poniedziałek, 23 marca 2015
środa, 17 grudnia 2014
Wszystko przez naszyjnik
-To wszystko na dziś. Jesteście wolni. Nie zapomnijcie tylko o praktykach. I o przyszłym zaliczeniu. Przyłóżcie się więc i nie marnujcie czasu na głupoty.- Seul. Uniwersytet Medyczny. Godzina obiadowa. Studenci medycyny trochę przytłoczeni nadmiarem obowiązków mozolnie wychodzili z sali wykładowej. Przed odejściem każdy zostawił na biurku profesora swoje zadanie domowe. Panowała atmosfera senności. W tej całej ospałej masie studentów wyróżniała się jedna osoba - Katherine Park. Nie była rodowitą Koreanką. Urodziła się i dzieciństwo spędziła w Anglii, jednak ze względu na pracę jej ojca, który był naukowcem, wraz z rodzicami i starszym bratem, przeniosła się do stolicy Korei Południowej i żyje tu już od 12 lat. Kate zawsze się wyróżniała. Miała duże, czarne, bystre oczy, zadarty nos, i długie, geste, ziemiste włosy, które połyskiwały w słońcu. Na jej twarzy zawsze widniał szczery uśmiech, a jej melodyjny śmiech rozbrzmiewał wokoło. Była osobą bardzo żywą, otwartą i na ogół zjednywała sobie wszystkich ludzi wokół. Od dziecka marzyła o byciu lekarzem, więc nic dziwnego, że studia odbywała na uniwersytecie medycznym. Co oczywiście nie oznacza, że nie miała innych marzeń, czy talentów. Lubiła muzykę. Gdy śpiewała czy tańczyła była w swoim żywiole. Ogólnie można było stwierdzić, że ma duszę "artystycznego lekarza".
Słońce było wysoko na horyzoncie. w tle można było usłyszeć szum miasta. Marzec. Początek wiosny.
-Kate nie pędź tak! Czemu zawsze się spieszysz?!- Krzyczała Cha En Sung. Była to dziewczyna wysoka, o typowej koreańskiej urodzie - długie, czarne włosy i skośne oczy, które sprawiały wrażenie bardziej "europejskich" ze względu na makijaż, mały nosek, szpiczasty podbródek i grube brwi. Cha En Sung była mistrzynią wizażu. Zawsze miała najlepiej dopasowane stroje zgodnie z najnowszymi trendami a makijaż nie stanowił dla niej żadnej tajemnicy. Niewątpliwie budziła zainteresowanie u płci przeciwnej. Teraz jednak z kwaśną miną próbowała zatrzymać swoją przyjaciółkę.
-Moja droga pospiesz się. Nie mamy czasu.- Śmiała się Kate.
-Nie masz zamiaru poczekać?! Hej! Stój! A co z obiadem? Jestem głodna.
-Ach, racja. Lepiej coś zjedzmy, a potem chodźmy do szpitala, do pacjentów. - Kate przystanęła tak nagle, że En Sung o mało na nią nie wpadła.
-Wiesz, zawsze bardzo się dziwię temu, z jakim entuzjazmem odbywasz praktyki. Wszyscy mają tego po dziurki w nosie. Ty jedyna się cieszysz i ekscytujesz. Jak dziecko.
-Po prostu to lubię. I chcę dobrze wykonywać swoje obowiązki.
-A wiesz już może na jaką specjalizację się zdecydujesz?
-Nie, jeszcze nie. Choć myślałam o internie lub pediatrii.
-Ja nie mam aż tak wygórowanych ambicji. Będę dermatologiem.- Dziewczęta zaśmiały się i skierowały do stołówki. Po obiedzie razem z chłopakiem En Sung, Kim Tae Do pojechały samochodem do szpitala.
-Wiesz co? Też byś mogła w końcu się zakochać.- Szepnęła En Sung.- To takie praktyczne. Mam przystojnego, miłego, kochającego chłopaka i to w dodatku z wypasionym samochodem i portfelem pełnym pieniędzy. Czego chcieć więcej?
-Nie, jakoś nie mam do tego głowy. Ale, wiesz... życzę tobie i Tae Do wszystkiego co najlepsze.-Jednak słowa Kate wywołały na twarzy przyjaciółki kwaśny uśmiech.
-Zobaczysz...Zestarzejesz się a nie spotkasz miłości.
-Jakoś mnie to nie martwi. - Cała trójka do wieczora była w szpitalu. Szpital to miejsce, gdzie człowiek nie zazna nudy. Tak było i tym razem. Gdy Kate zrobiła sobie na chwilę przerwę naraz nadjechała karetka. Przywieźli pacjenta. Był nim 78 letni Moon Cha Soo.
-Wygląda mi to na zawał.- Odparła pospiesznie Kate podbiegając do pacjenta. - Czy zażywa pan jakieś leki? Co się właściwie stało? Boli pana gdzieś? Siostro, proszę zawołać lekarza.
-Boli...Ach...Nagle ból ścisnął mi klatkę piersiową. Może to ze stresu? Ostatnio dużo się dzieje...Ach...- Starszy pan wił się z bólu z trudem łapiąc oddech.
-Spokojnie. Zaraz przyjdzie doktor i wszystkim się zajmie.
-A pani...
-Jestem tylko praktykantką. Ale postaram się panu pomóc.- Nagle pacjent zaczął się dusić. Nie oddychał. Trzeba było reanimować. Kate była w szoku. Jednak nie straciła zimnej krwi. Razem z przyjaciółką przystąpiła do reanimacji.
-Defibrylator! Prędko, bo stracimy pacjenta!- Reanimacja po kilku minutach, które dziewczętom wydały się wiecznością, przyniosła rezultat. Pacjent był bezpieczny. Naraz przybiegł lekarz dyżurny. Potwierdził on podejrzenia Kate. Starszy pan przeżył zawał i musiał zostać w szpitalu.
-Doktorze, czy teraz z pacjentem będzie dobrze? - Kate zrobiła strapioną minę.
-Tego nie wiemy. Ale przynajmniej w szpitalu szybko otrzyma pomoc w razie pogorszenia. Na chwilę obecną nie jestem w stanie niczego zapewnić. Na razie pacjent dostał leki. Jutro przejdzie szczegółowe badania. A... i jeszcze jedno - rzekł- Na przyszłość powinnaś bardziej uważać i robić wszystko ze swoimi kompetencjami. Póki co, jesteś początkująca i nie możesz robić niczego bez mojej wiedzy.
- Doktorze... ale ja - jednak on już nie słuchał. Poszedł do swojego gabinetu.
-Serio?! Co za drań! Na prawdę tak powiedział?! - En Sung aż trzęsła się ze złości. - Nie dość, że harujesz tu jak wół, jesteś głupim praktykantem na posyłki, uratować człowieka, to jeszcze ci się za to oberwie. Niewiarygodne.
-Jednak w tym, co powiedział nasz przełożony było trochę racji. Po prostu musimy się długo jeszcze uczyć, zanim w pełni zostaniemy lekarzami. Nie przeceniajmy się, bo faktycznie miałyśmy tym razem sporo szczęścia z tym starszym pacjentem.
-Dokąd idziesz?- spytała En Sung - Zaraz kończymy pracę.
-Tak, wiem o tym. Idę i sprawdzę, czy z tym naszym pacjentem wszystko w porządku. Może czegoś mu potrzeba? Może trzeba powiadomić jego rodzinę? - Jak postanowiła tak zrobiła. Starszy pan leżał, podłączony do kroplówki.
-Widzę, że czuje się pan już lepiej. Wróciły panu rumieńce.- Kate nieśmiało wsunęła się do sali chorych. Pomieszczenie to było schludne i czyste. Widać było, że szpital dba o renomę. W każdej sali czysta pościel, wygodne łóżka, pojemne szafki dla pacjentów, telewizory. Warunki na prawdę nie były złe.
-O. Toż to młoda Aghassi. Proszę podejść bliżej.Och... Na prawdę,dzięki tobie, moje drogie dziecko, jeszcze nie umarłem. Śliczna Aghassi jestem twoim dłużnikiem.
-Och nie. Proszę tak nie mówić. Na prawdę miał pan dziś dużo szczęścia. Gdyby nie szpital, byłoby z panem kiepsko. Na szczęście jutro zostanie pan gruntownie przebadany. Proszę się nie martwić.
- Ty, Aghassi będziesz mnie badać?
-Ahahahaha nie. Nie mam jeszcze do tego predyspozycji. Mogę tylko stać z boku i obserwować. Ale niech się pan nie martwi. Tu pracują bardzo dobrzy specjaliści.
-Ale i tak...Uratowałaś mnie. Mimo, że zrobiłaś to bez wiedzy opiekuna... Zawdzięczam ci życie Aghassi.- pacjent zaczął bardzo dokładnie przyglądać się swojej wybawicielce.
-Cz...czy może chciałby pan, bym kogoś powiadomiła, że pan jest w szpitalu? Ma pan jakąś rodzinę?- Kate poczuła dziwny dreszcz.
-Ależ nie. Jestem sam od dawna.
- Och, naprawdę? To musi być smutne...
-Całe swoje życie poświęciłem jednemu celowi- jasnowidztwu.- głos pana Moon Cha Soo spoważniał, a jego twarz nabrała surowych rysów. Kate milczała. Uznała, że nie powinna nic mówić.- Tak... tak... Jak masz na imię moje drogie dziecko?
-Jestem Katherine Park - szepnęła w końcu.
-Katherine Park? Jesteś córką tego sławnego naukowca Steve`a Parka?- kiwnęła głową.- Toż to niesamowite. Bo widzisz Aghassi kiedyś poznałem twojego ojca.
-Na prawdę? Kiedy to było? Pracowaliście razem? W końcu tata jest mikrobiologiem i genetykiem i w ogóle z różnymi osobistościami się spotykał...
- Ach, to długa historia. Jednak muszę stwierdzić, że jesteś do niego bardzo podobna. On też nigdy nie odmówił nikomu pomocy w potrzebie. Dziękuję ci Aghassi. Jednak moje przeczucie mnie nie myliło...
-Jakie przeczucie proszę pana?- Kate była coraz bardziej zaintrygowana pacjentem.
-Przed moim przyjazdem tutaj miałem wizję. Bo widzisz nieraz mam wizje, przeczucia. A dziś w swojej głowie widziałem Joseon...
-Joseon? Koreę za panowania króli?
-Tak. Otóż to. Widziałem królewski pałac. Jednak był on skąpany w krwawym słońcu. I widziałem też...ciebie Aghassi.
- Mnie? Jak to? - młoda studentka aż otwarła usta ze zdumienia. Jasnowidz przybliżył twarz do jej twarzy.
-Mówię prawdę. Jesteś stworzona do wielkich czynów. Wkrótce wyjdziesz na przeciw przeznaczeniu. Czeka cię misja. I nikt inny, tylko ty będziesz zdolna sobie poradzić. Zaufaj swojej intuicji, a wszystko będzie dobrze...A na dowód, że nie kłamię daję tobie ten oto naszyjnik.-Sięgnął do kieszeni kurtki wiszącej na krześle i wyjął zawiniątko. Rzeczywiście był to naszyjnik. Niezwykły naszyjnik przedstawiający Słońce i Księżyc na tle dumnego smoka.Całość została wykonana ze złota i pereł.
-Ależ... ja nie...nie mogę... - Kate była zdumiona i zaskoczona. Nie chciała przyjąć podarku, jednak starszy pan był nieustępliwy. Wychodząc Kate przyjrzała się naszyjnikowi. Bała się go założyć. Była bardzo zasmucona odbytą rozmową. Dostrzegła to En Sung.
-Hej dziewczyno. Jak długo mamy tu stać na parkingu i czekać na ciebie, aż łaskawie będziesz chciała pojechać do domu? Chcesz tu nocować? Już z Tae Do mieliśmy jechać.
-Przepraszam was. Masz rację rację En Sung.
-A co ty taka nie w humorze? Stało się coś?
-Po prostu myślę, że nie powinnam rozmawiać z tym staruszkiem. - Przez całą drogę powrotną do domu Kate myślała o zajściu w szpitalu i o tajemniczym naszyjniku.
-Och już jesteś kochanie? - Od progu powitała córkę Pani Anne Park.
-Cześć siostra! Jak minął dzień? - Zgłębi pokoju wyłonił się starszy brat Kate, Alex. Był on 27 letnim przystojnym mężczyzną. Bujna brązowa czupryna, kształtny nos i duże orzechowe oczy dodawały mu uroku i elegancji. Alex pracował razem z ojcem w laboratorium, miał również kochającą narzeczoną Kim Yoo Mi.
-Taty nie ma? - spytała Kate
-Nie. Dziś ma ważne spotkanie i wróci późno.- Odparł Alex
-Zjesz coś? Co prawda nie miałam czasu przygotować czegoś wyszukanego, ale zapiekanką chyba nie pogardzisz?- Pani Park uśmiechnęła się. Miała 47 lat, cerę zadbaną, dopasowany makijaż dodawał jej uroku. Była szczupłą, urodziwą kobietą o jasnobrązowych włosach, piwnych oczach i kształtnych ustach.
-Nie, dziękuję. Jestem wykończona, więc od razu się położę.- Kate ospałym krokiem weszła do pokoju zostawiając zdumioną matkę z bratem. Pokój był jej azylem i królestwem. Mimo skromnego wyglądu był schludny i funkcjonalny. Było wygodne drewniane łóżko ulokowane obok okna. Uwagę zwraca duża i pojemna szafa, stojąca po drugiej stronie. Był jeszcze telewizor, biurko, na nim laptop oraz kilka mniejszych szaf. Podłoga pokryta była panelami wysokiej jakości, a ściany były pokryte drobnym grysem o odcieniu pomarańczowym. Dziewczyna położyła torbę i jak długa padła na łóżko. Leżała bez ruchu kilka minut. Naraz wstała i sięgnęła do torby po naszyjnik.
-"Co mam z tym zrobić?"-pytała w myślach samą siebie przyglądając się podarunkowi.W pewnym momencie podeszła do lustra i założyła naszyjnik od tajemniczego jasnowidza.Zaczęło jej się kręcić w głowie, czuła się, jakby świat wirował przed jej oczami i już, już miała tracić przytomność, gdy...
-Auuuuuć - Krzyknęła opadając na gąszcz trzcin...- Aaaaaaaaa!
Słońce było wysoko na horyzoncie. w tle można było usłyszeć szum miasta. Marzec. Początek wiosny.
-Kate nie pędź tak! Czemu zawsze się spieszysz?!- Krzyczała Cha En Sung. Była to dziewczyna wysoka, o typowej koreańskiej urodzie - długie, czarne włosy i skośne oczy, które sprawiały wrażenie bardziej "europejskich" ze względu na makijaż, mały nosek, szpiczasty podbródek i grube brwi. Cha En Sung była mistrzynią wizażu. Zawsze miała najlepiej dopasowane stroje zgodnie z najnowszymi trendami a makijaż nie stanowił dla niej żadnej tajemnicy. Niewątpliwie budziła zainteresowanie u płci przeciwnej. Teraz jednak z kwaśną miną próbowała zatrzymać swoją przyjaciółkę.
-Moja droga pospiesz się. Nie mamy czasu.- Śmiała się Kate.
-Nie masz zamiaru poczekać?! Hej! Stój! A co z obiadem? Jestem głodna.
-Ach, racja. Lepiej coś zjedzmy, a potem chodźmy do szpitala, do pacjentów. - Kate przystanęła tak nagle, że En Sung o mało na nią nie wpadła.
-Wiesz, zawsze bardzo się dziwię temu, z jakim entuzjazmem odbywasz praktyki. Wszyscy mają tego po dziurki w nosie. Ty jedyna się cieszysz i ekscytujesz. Jak dziecko.
-Po prostu to lubię. I chcę dobrze wykonywać swoje obowiązki.
-A wiesz już może na jaką specjalizację się zdecydujesz?
-Nie, jeszcze nie. Choć myślałam o internie lub pediatrii.
-Ja nie mam aż tak wygórowanych ambicji. Będę dermatologiem.- Dziewczęta zaśmiały się i skierowały do stołówki. Po obiedzie razem z chłopakiem En Sung, Kim Tae Do pojechały samochodem do szpitala.
-Wiesz co? Też byś mogła w końcu się zakochać.- Szepnęła En Sung.- To takie praktyczne. Mam przystojnego, miłego, kochającego chłopaka i to w dodatku z wypasionym samochodem i portfelem pełnym pieniędzy. Czego chcieć więcej?
-Nie, jakoś nie mam do tego głowy. Ale, wiesz... życzę tobie i Tae Do wszystkiego co najlepsze.-Jednak słowa Kate wywołały na twarzy przyjaciółki kwaśny uśmiech.
-Zobaczysz...Zestarzejesz się a nie spotkasz miłości.
-Jakoś mnie to nie martwi. - Cała trójka do wieczora była w szpitalu. Szpital to miejsce, gdzie człowiek nie zazna nudy. Tak było i tym razem. Gdy Kate zrobiła sobie na chwilę przerwę naraz nadjechała karetka. Przywieźli pacjenta. Był nim 78 letni Moon Cha Soo.
-Wygląda mi to na zawał.- Odparła pospiesznie Kate podbiegając do pacjenta. - Czy zażywa pan jakieś leki? Co się właściwie stało? Boli pana gdzieś? Siostro, proszę zawołać lekarza.
-Boli...Ach...Nagle ból ścisnął mi klatkę piersiową. Może to ze stresu? Ostatnio dużo się dzieje...Ach...- Starszy pan wił się z bólu z trudem łapiąc oddech.
-Spokojnie. Zaraz przyjdzie doktor i wszystkim się zajmie.
-A pani...
-Jestem tylko praktykantką. Ale postaram się panu pomóc.- Nagle pacjent zaczął się dusić. Nie oddychał. Trzeba było reanimować. Kate była w szoku. Jednak nie straciła zimnej krwi. Razem z przyjaciółką przystąpiła do reanimacji.
-Defibrylator! Prędko, bo stracimy pacjenta!- Reanimacja po kilku minutach, które dziewczętom wydały się wiecznością, przyniosła rezultat. Pacjent był bezpieczny. Naraz przybiegł lekarz dyżurny. Potwierdził on podejrzenia Kate. Starszy pan przeżył zawał i musiał zostać w szpitalu.
-Doktorze, czy teraz z pacjentem będzie dobrze? - Kate zrobiła strapioną minę.
-Tego nie wiemy. Ale przynajmniej w szpitalu szybko otrzyma pomoc w razie pogorszenia. Na chwilę obecną nie jestem w stanie niczego zapewnić. Na razie pacjent dostał leki. Jutro przejdzie szczegółowe badania. A... i jeszcze jedno - rzekł- Na przyszłość powinnaś bardziej uważać i robić wszystko ze swoimi kompetencjami. Póki co, jesteś początkująca i nie możesz robić niczego bez mojej wiedzy.
- Doktorze... ale ja - jednak on już nie słuchał. Poszedł do swojego gabinetu.
-Serio?! Co za drań! Na prawdę tak powiedział?! - En Sung aż trzęsła się ze złości. - Nie dość, że harujesz tu jak wół, jesteś głupim praktykantem na posyłki, uratować człowieka, to jeszcze ci się za to oberwie. Niewiarygodne.
-Jednak w tym, co powiedział nasz przełożony było trochę racji. Po prostu musimy się długo jeszcze uczyć, zanim w pełni zostaniemy lekarzami. Nie przeceniajmy się, bo faktycznie miałyśmy tym razem sporo szczęścia z tym starszym pacjentem.
-Dokąd idziesz?- spytała En Sung - Zaraz kończymy pracę.
-Tak, wiem o tym. Idę i sprawdzę, czy z tym naszym pacjentem wszystko w porządku. Może czegoś mu potrzeba? Może trzeba powiadomić jego rodzinę? - Jak postanowiła tak zrobiła. Starszy pan leżał, podłączony do kroplówki.
-Widzę, że czuje się pan już lepiej. Wróciły panu rumieńce.- Kate nieśmiało wsunęła się do sali chorych. Pomieszczenie to było schludne i czyste. Widać było, że szpital dba o renomę. W każdej sali czysta pościel, wygodne łóżka, pojemne szafki dla pacjentów, telewizory. Warunki na prawdę nie były złe.
-O. Toż to młoda Aghassi. Proszę podejść bliżej.Och... Na prawdę,dzięki tobie, moje drogie dziecko, jeszcze nie umarłem. Śliczna Aghassi jestem twoim dłużnikiem.
-Och nie. Proszę tak nie mówić. Na prawdę miał pan dziś dużo szczęścia. Gdyby nie szpital, byłoby z panem kiepsko. Na szczęście jutro zostanie pan gruntownie przebadany. Proszę się nie martwić.
- Ty, Aghassi będziesz mnie badać?
-Ahahahaha nie. Nie mam jeszcze do tego predyspozycji. Mogę tylko stać z boku i obserwować. Ale niech się pan nie martwi. Tu pracują bardzo dobrzy specjaliści.
-Ale i tak...Uratowałaś mnie. Mimo, że zrobiłaś to bez wiedzy opiekuna... Zawdzięczam ci życie Aghassi.- pacjent zaczął bardzo dokładnie przyglądać się swojej wybawicielce.
-Cz...czy może chciałby pan, bym kogoś powiadomiła, że pan jest w szpitalu? Ma pan jakąś rodzinę?- Kate poczuła dziwny dreszcz.
-Ależ nie. Jestem sam od dawna.
- Och, naprawdę? To musi być smutne...
-Całe swoje życie poświęciłem jednemu celowi- jasnowidztwu.- głos pana Moon Cha Soo spoważniał, a jego twarz nabrała surowych rysów. Kate milczała. Uznała, że nie powinna nic mówić.- Tak... tak... Jak masz na imię moje drogie dziecko?
-Jestem Katherine Park - szepnęła w końcu.
-Katherine Park? Jesteś córką tego sławnego naukowca Steve`a Parka?- kiwnęła głową.- Toż to niesamowite. Bo widzisz Aghassi kiedyś poznałem twojego ojca.
-Na prawdę? Kiedy to było? Pracowaliście razem? W końcu tata jest mikrobiologiem i genetykiem i w ogóle z różnymi osobistościami się spotykał...
- Ach, to długa historia. Jednak muszę stwierdzić, że jesteś do niego bardzo podobna. On też nigdy nie odmówił nikomu pomocy w potrzebie. Dziękuję ci Aghassi. Jednak moje przeczucie mnie nie myliło...
-Jakie przeczucie proszę pana?- Kate była coraz bardziej zaintrygowana pacjentem.
-Przed moim przyjazdem tutaj miałem wizję. Bo widzisz nieraz mam wizje, przeczucia. A dziś w swojej głowie widziałem Joseon...
-Joseon? Koreę za panowania króli?
-Tak. Otóż to. Widziałem królewski pałac. Jednak był on skąpany w krwawym słońcu. I widziałem też...ciebie Aghassi.
- Mnie? Jak to? - młoda studentka aż otwarła usta ze zdumienia. Jasnowidz przybliżył twarz do jej twarzy.
-Mówię prawdę. Jesteś stworzona do wielkich czynów. Wkrótce wyjdziesz na przeciw przeznaczeniu. Czeka cię misja. I nikt inny, tylko ty będziesz zdolna sobie poradzić. Zaufaj swojej intuicji, a wszystko będzie dobrze...A na dowód, że nie kłamię daję tobie ten oto naszyjnik.-Sięgnął do kieszeni kurtki wiszącej na krześle i wyjął zawiniątko. Rzeczywiście był to naszyjnik. Niezwykły naszyjnik przedstawiający Słońce i Księżyc na tle dumnego smoka.Całość została wykonana ze złota i pereł.
-Ależ... ja nie...nie mogę... - Kate była zdumiona i zaskoczona. Nie chciała przyjąć podarku, jednak starszy pan był nieustępliwy. Wychodząc Kate przyjrzała się naszyjnikowi. Bała się go założyć. Była bardzo zasmucona odbytą rozmową. Dostrzegła to En Sung.
-Hej dziewczyno. Jak długo mamy tu stać na parkingu i czekać na ciebie, aż łaskawie będziesz chciała pojechać do domu? Chcesz tu nocować? Już z Tae Do mieliśmy jechać.
-Przepraszam was. Masz rację rację En Sung.
-A co ty taka nie w humorze? Stało się coś?
-Po prostu myślę, że nie powinnam rozmawiać z tym staruszkiem. - Przez całą drogę powrotną do domu Kate myślała o zajściu w szpitalu i o tajemniczym naszyjniku.
-Och już jesteś kochanie? - Od progu powitała córkę Pani Anne Park.
-Cześć siostra! Jak minął dzień? - Zgłębi pokoju wyłonił się starszy brat Kate, Alex. Był on 27 letnim przystojnym mężczyzną. Bujna brązowa czupryna, kształtny nos i duże orzechowe oczy dodawały mu uroku i elegancji. Alex pracował razem z ojcem w laboratorium, miał również kochającą narzeczoną Kim Yoo Mi.
-Taty nie ma? - spytała Kate
-Nie. Dziś ma ważne spotkanie i wróci późno.- Odparł Alex
-Zjesz coś? Co prawda nie miałam czasu przygotować czegoś wyszukanego, ale zapiekanką chyba nie pogardzisz?- Pani Park uśmiechnęła się. Miała 47 lat, cerę zadbaną, dopasowany makijaż dodawał jej uroku. Była szczupłą, urodziwą kobietą o jasnobrązowych włosach, piwnych oczach i kształtnych ustach.
-Nie, dziękuję. Jestem wykończona, więc od razu się położę.- Kate ospałym krokiem weszła do pokoju zostawiając zdumioną matkę z bratem. Pokój był jej azylem i królestwem. Mimo skromnego wyglądu był schludny i funkcjonalny. Było wygodne drewniane łóżko ulokowane obok okna. Uwagę zwraca duża i pojemna szafa, stojąca po drugiej stronie. Był jeszcze telewizor, biurko, na nim laptop oraz kilka mniejszych szaf. Podłoga pokryta była panelami wysokiej jakości, a ściany były pokryte drobnym grysem o odcieniu pomarańczowym. Dziewczyna położyła torbę i jak długa padła na łóżko. Leżała bez ruchu kilka minut. Naraz wstała i sięgnęła do torby po naszyjnik.
-"Co mam z tym zrobić?"-pytała w myślach samą siebie przyglądając się podarunkowi.W pewnym momencie podeszła do lustra i założyła naszyjnik od tajemniczego jasnowidza.Zaczęło jej się kręcić w głowie, czuła się, jakby świat wirował przed jej oczami i już, już miała tracić przytomność, gdy...
-Auuuuuć - Krzyknęła opadając na gąszcz trzcin...- Aaaaaaaaa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)