Auu... - Kate jęknęła spadając na twardy grunt.
-A cóż to jest!? - W tym momencie przed oczami dziewczyny wyłonił się koń. Zdrowy, duży, w sam raz na polowanie, o lśniącej zadbanej sierści. A na koniu postać. - Stój!
- "Zaraz mnie stratuje! To koniec." - Po głowie Kate przebiegło tysiąc myśli. Zdążyła tylko zamknąć oczy i odchylić głowę w bok. Nie spostrzegła, że osoba na koniu tak nim szarpnęła, że zwierzę gwałtownie zmieniło kierunek biegu, a ona sama spadła i wylądowała po pas w błocie. Przerażona dziewczyna krzyknęła ile sił w płucach i zamarła. Nie śmiała się nawet poruszyć. Po długiej chwili jednak nieśmiało otworzyła oczy i z przerażeniem stwierdziła, że ktoś jej się przygląda. Był to chłopak i ewidentnie jego twarz znalazła się za blisko twarzy Kate.
-Co to ma znaczyć?! - warknął nieznajomy. - Chcesz zginąć?! Jak śmiesz stawać mi na drodze?! Co za bezczelność!!! - W jego głosie słychać było irytację i niesamowitą wściekłość.
-O czym ty gadasz? To ty na mnie wpadłeś. Z resztą jak mogłeś mnie nie zauważyć wcześniej? I kto w dzisiejszych czasach jeździ konno po lesie?- Kate zebrała się na odwagę i stanęła oko w oko ze wściekłym właścicielem konia. Przyjrzała mu się. Był wysoki, o przystojnej i dostojnej twarzy. Jego skóra była w nienagannym stanie, oczy miały w sobie głębię i pasję. Nos zgrabny i majestatyczny a usta dorodne. Jednak było w nim coś dziwnego, a mianowicie posługiwał się staro koreańskim dialektem i był ubrany w hanbok... Na głowie widniał charakterystyczny kapelusz. - No i powiedz mi, czemu jesteś tak dziwnie ubrany?
-Co też masz na myśli, głupia niewiasto? - Bohaterka aż otwarła oczy ze zdumienia na te słowa.
- Ok. Nie ważne. Nie chcę nic wiedzieć. Najlepiej jak zapomnimy o tym incydencie i już. A teraz do widzenia.
- A dokąd to? - Chłopak złapał ją za rękę, gdy chciała odejść. - Najpierw powiedz mi swoje imię.
-Nie rozmawiam z nieznajomymi. - Odparła wzruszając ramionami i uwalniając swoją dłoń z uścisku.
-Oho! Jak śmiesz mi się sprzeciwiać. Czyżbyś nie wiedziała z kim rozmawiasz?!
- Przecież widzę cię pierwszy raz, więc skąd mam wiedzieć kim jesteś? Nie jestem przecież wróżką.
-Toż to niesłychane. Jesteś nie tylko niewychowana, bezczelna ale i głupia. A do tego zachowujesz się dziwnie, mówisz niezrozumiale i założyłaś na siebie jakieś łachmany! To obraza majestatu! - Kate spojrzała na siebie. Adidasy? Są. Spodnie jeansy? Są. Niebieski T-shirt z nadrukiem zadowolonej buzi? Jest. Żółta bluza z kapturem? Jest. Plecak też jest. Wszystko na swoim miejscu. No, może ciuchy są poplamione błotem, ale z pewnością to nie łachmany.
-Nie rozumiem o co chodzi. Przyznaję, wpadłam na ciebie, ale to nie było celowe, wiec się nie wściekaj. Zachowujesz się jak jakiś rozkapryszony dzieciak. Tylko wrzeszczysz i wrzeszczysz. Rodzice nie nauczyli cię manier?
-Tego już za wiele! - Chłopak szarpnął Kate, że aż syknęła z bólu. Mimo oporu nie miała szans, aby się wyrwać. Naraz kopnęła swojego "napastnika" w krocze. Chłopak osunął się na ziemię i wił się na wszystkie strony. To była dobra okazja. W pośpiechu złapała swój plecak i pobiegła przed siebie najszybciej jak mogła. Słyszała za sobą gniewne wołanie tego dziwnego chłopaka, lecz po jakimś czasie ogarnęła ją cisza. Las był gęsty i dość mroczny. Dookoła nic, tylko drzewa i krzewy. Z minuty na minutę robiło się ciemniej. Dodatkowo wysokie korony drzew hamowały przepływ światła.
-Co tu się dzieje? Gdzie ja w ogóle jestem? Co to ma być?- Dziewczyna mówiła sama do siebie. Była zdziwiona i skołowana. Gdy po długim czasie stwierdziła, że na szczęście nie jest śledzona, przycupnęła obok wielkiego kamienia i zaczęła nasłuchiwać. Las wydawał złowieszcze odgłosy. Dodatkowo zaczynało się robić ciemno. Perspektywa spędzenia w takim miejscu nocy była absolutnie niedopuszczalna. I niebezpieczna. Nawet bardzo. Należało więc znaleźć ludzi. Miasto. Wioskę. Cokolwiek, byle nie być samą. Nie tracąc czasu zerwała się i ruszyła przed siebie. Tysiące myśli przewijało jej się przez głowę, lecz jedno było pewne. To nie był sen...
W tym samym czasie owy "napastnik" zdołał się otrząsnąć po niespodziewanym ataku Kate. Chłopak rozejrzał się pospiesznie dookoła. Na jego twarzy malowało się ogromne zaskoczenie.
-Jakim prawem ta istota, marna istota śmiała podnieść rękę na Koronowanego Księcia? Czyż nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji? Mógłbym wydać ją na śmierć. - Wymamrotał gniewnie Lee Hwon, następca tronu, przyszły król Joseon. - Czy ona na prawdę nie wiedziała kim jestem? Cóż, to prawda nie opuszczam pałacu, ale poddani muszą rozpoznać królewskie oblicze nawet patrząc na same szaty. Ot co! -Rozejrzał się jeszcze raz. Naraz dostrzegł w trawie błysk. Schylił się i jego oczom ukazał się naszyjnik Kate.
- Kim była ta dziewczyna? Dlaczego tak dziwnie wyglądała? - szepnął książę ściskając w dłoni naszyjnik i kierując się do pałacu.
Tymczasem panna Park dotarła do miasta. Miasto? Nie można było tego nazwać nowoczesnym miastem. Z rozpaczą stwierdziła, że nic nie było takie, jakie znała. Nie było centrów handlowych, taksówek, bibliotek, hoteli, restauracji...Zamiast tego wąskie uliczki na których kłębiły się stragany. Ludzie ubrani w tradycyjne lecz wiejskie stroje krążyli między kolorowymi witrynami. Mrok już prawie nastał, więc zaczęto zapalać pochodnie. Było gwarno i tłoczno. Gdzieniegdzie lektyki szybko mijały innych ludzi, gdzieś w ciemnym rogu ulicy ktoś wszczął bójkę, znowu w innym miejscu straż doprowadzała rozjuszony tłum do porządku. Wszystko było nie tak.
Kate była coraz bardziej zagubiona, zmęczona i głodna. Co prawda chciała kupić coś do jedzenia, ale gdy tylko stanęła w kolejce ludzie dziwnie się na nią patrzyli. W dodatku pieniądze, którymi chciała zapłacić, zostały wzięte za bezużyteczne.
-Aghassi, czy ty jesteś jakąś czarownicą, albo coś takiego?- zapytała pewna kobieta, która sprzedawała zupę na straganie. -Odejdź stąd, zanim zawoła straż.
-Aghassi, nie pochodzisz z tych stron, prawda? Mogę ci pomóc znaleźć jakieś miejsce. Co powiesz na Donghang, sławny dom Gisaeng?- pewien tłusty, niechlujny pijak położył rękę na ramieniu Kate. Dziewczyna szybko odskoczyła i uciekła. Z trudem powstrzymywała łzy. Stanęła w ciemnym rogu ulicy i oparła się o betonowy mur jednego z domostw. Zamknęła oczy. Stała nieruchomo, jakby świat pozostawiła za sobą. Łzy zaczęły jej płynąć z dużych czarnych oczu. Nie myślała o niczym. Czuła, że została sama, że nikt jej nie pomoże. Naraz poczuła szturchnięcie. Otworzyła oczy.
- Aghassi... Aghassi...W końcu cię znalazłem. Jednak to wszystko prawda. Teraz już wszystko będzie dobrze... - Przed obliczem panny Park pojawił się mężczyzna. Był on w średnim wieku. Jego włosy były przyprószone siwizną a na twarzy pojawiły się zmarszczki. Był ubrany tradycyjnie, jednak bardzo skromnie. Widać było, że to spotkanie sprawiło mu wielką ulgę.
- Ja... No... Przepraszam... Kim pan jest? Ahjussi, czego ode mnie chcesz?
- Och, nie mamy czasu. Porozmawiamy później, najpierw chodźmy do domu. Zaraz będzie tu bardzo niebezpiecznie. Chodź ze mną. - mężczyzna mówił stanowczym głosem. Widać było, że był osobą oczytaną, wykształconą, a nie zwykłym wieśniakiem. -Dlaczego nie idziesz? - Kate ani drgnęła.
- Ahjussi! Nie znam cię, więc jak mogę z tobą iść? I czy wreszcie ktoś mi wyjaśni, co tu się dzieje? Ahjussi, co to za miejsce?- dziewczyna prawie krzyczała. Była sfrustrowana.
- Yoon, chodźmy.- odparł na to mężczyzna, obok którego na raz stanął chłopak z mieczem. Ukłonił się grzecznie, podszedł do zdziwionej młodej lekarki i uderzył ją tak, że osunęła się tracąc przytomność. Obudziła się w pokoju, otulona poduszkami i atłasem. Gdy po chwili dotarło do niej co się stało, wybiegła pospiesznie. W pomieszczeniu, które przypominało jadalnię, siedzieli ci dwaj nieznajomi, spotkanych na ulicy.
- Dobrze się panienka czuje? Wyspałaś się, Aghassi?- - Starszy widząc zmieszanie na twarzy Kate szybko dodał- Usiądź proszę.
- Och Unnie! Jak bardzo chciałam cię poznać! Strasznie długo czekałam! - znienacka do Kate przytuliła się dziewczynka.
-Ocho! Jak śmiesz! Od teraz nazywaj ją Aghassi i masz jej służyć najlepiej jak umiesz. Zrozumiałaś, Hye Mi? - Starszy mężczyzna skarcił rozbrykaną dziewczynkę, która skuliła się i usiadła. Kate uczyniła to samo.
-Ahjussi- zaczęła- Ja nie wiem, o co tu chodzi...I co to za miejsce? Czego ode mnie chcesz?
-Ach to jest... Widzisz Aghassi...Przepowiednia...
- Co proszę?
- Posłuchaj Aghassi. To wszystko jest nieprawdopodobne. Jednak to nie sen. To rzeczywistość.
- Co to za miejsce?
- A jak myślisz, gdzie się znajdujesz? W jakim kraju? - w tym momencie do pokoju weszła kobieta. Miała na sobie fartuch, co znaczyło, że jest gospodynią domową. Nie była ani gruba, ani chuda, lecz w sam raz. Na jej twarzy widać było kurze łapki, odbijające się od blasku świec. Jej czarne, lecz lekko osiwiałe włosy związane były w tradycyjny kok, ozdobiony dużą szpilką do włosów. Postawiła ona imbryczek i czarki do herbaty. Spojrzała na Kate i odparła z lekką pretensją w głosie:
- Joseon. To Joseon. Jak istota z niebios może o tym nie wiedzieć?
- Co takiego?Jak to... Joseon? Poważnie? A który teraz jest rok?
- To już 25 rok panowania króla Lee Shina! - pisnęła szybko Hye Mi.
- Och, zaraz... czyli to jest... kiedy to było... Czyli to 1624 rok! -Kate klasnęła w dłonie.- Ale jak to? Jak ja się znalazłam w Joseon?
- Pozwól Aghassi, że opowiem ci wszystko po kolei - starszy rozpostarł ręce i zakasłał.- Nazywam się Hoo Min Gon i jestem szamanem - wróżbitą. Mieszkam tu razem z moją młodszą siostrą Hoo Kye Sun - skinął na postawną gospodynię - oraz z dwójką jej dzieci Hoo Min Yoonem i Hoo Hye Mi. Od wielu już lat zajmowałem się odczytywaniem znaków, jakie zsyłają nam niebiosa. Mniej więcej rok temu miałem wizję. Wizję wielkiej rebelii, cierpienia i chaosu w Joseon. Lecz pojawiła się osoba, która ocaliła nasz kraj. Tą osobą jesteś ty, Aghassi. I moim obowiązkiem jest cię chronić, do czasu, aż wypełni się twoje przeznaczenie. Niebiosa cie tu przysłały i teraz musisz wypełnić, to co szykuje ci los.
- Zaraz, zaraz. Ahjussi Min Gon...- zdziwienie malowało się na twarzy dziewczyny. - Ja wcale nie pochodzę z nieba... Jestem Katherine Park i jestem lekarzem. Nie jestem nawet rodowitą Koreanką...I ja żyję przecież w 2015 roku...
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Aghassi?
- Sądząc po tym co powiedziałeś, wydaje mi się, że... przybyłam tu z przyszłości.- Wszyscy aż westchnęli. - To by tłumaczyło te wszystkie hanboki, kapelusze, stragany uliczne, dialekt staro koreański, powszechne stosowanie pisma chińskiego...
- Na prawdę? Cóż... to dobrze.
- Wcale nie tak dobrze, Ahjussi. Nie wiem jak się tu dostałam. Mówiłeś coś o przepowiedni...- Kate przypomniała sobie pacjenta, którego uratowała. - No jasne! Już wiem. Ahjussi... Ja, dziś będąc w szpitalu uratowałam jednego takiego staruszka, który też wspomniał o jakiejś przepowiedni, przeznaczeniu...
- Szpital... Czyli...
- Jestem lekarzem... znaczy się, ratuję ludzi. A przynajmniej próbuję. I on dał mi naszyjnik w kształcie smoka. I gdy go założyłam byłam w swoim pokoju, a potem naraz zjawiłam się tu.
- Tak, to możliwe. Przepowiednia mówiła coś o kluczu do bram niebios.
- Czyli niebiosa to przyszłość a klucz to naszyjnik! - Panna Park była coraz bardziej podekscytowana.
- Tak- odparł Hoo Min Gon- To by się zgadzało. - Kate chciała pokazać naszyjnik, lecz nie był on zawieszony na jej szyi.
- Obawiam się, że go zgubiłam. - wyszeptała cicho- Gdy się tu pojawiłam byłam w lesie i tam natknęłam się na jakiegoś chłopaka. Pokłóciliśmy się i doszło do szarpaniny. I co teraz? Bez niego nie wrócę do domu.
- To musi być znak. Jesteś nam potrzebna, więc nie możesz wrócić do domu...
- Jak to, nie mogę? To co mam zrobić? - dziewczyna załamała ręce.
- Tego przepowiednia nie podała. Ale jedno jest pewne. W Joseon panuje chaos. Może być nawet knuty spisek przeciwko rodzinie królewskiej. Na razie musisz unikać kontaktu z innymi. Im mniej osób wie o tobie i przepowiedni tym lepiej.
- A co z naszyjnikiem?
- Postaramy się go znaleźć. - Po długiej rozmowie Kate przystała na pomysł Hoo Min Gona. Po kolacji Hye Mi zaprowadziła ją do małego, ale przytulnego pokoiku, gdzie, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki od razu usnęła.